Staropolskie zwyczaje w Polsce w okresie od Nowego Roku do Popielca

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
Share on whatsapp
Share on print

Czas tańców, maskarad i zalotów – karnawał – w obyczajowości szlacheckiej kojarzony był przede wszystkim z kuligami. Te kawalkady sań z muzyką, śpiewami, pochodniami, pełne rozbawionego towarzystwa pląsającego i biesiadującego na każdym postoju – stanowiły jeden z najbarwniejszych i najbardziej charakterystycznych elementów kultury staropolskiej.

Kuligi bywały dwojakiego rodzaju: szykowane i „dzikie”. W pierwszym przypadku z góry planowano trasę objazdu sąsiedzkich dworów i zawiadamiano je z wyprzedzeniem o dniu przybycia gości. Posłaniec z zapowiedzią występujący w stroju trefnisia lub arlekina miał na znak swej funkcji laskę z wielką, pomalowaną w kolorze srebrnym kulą (stąd nazwa: ,,kulig”). Gospodarze, w porę poinformowani, mieli dość czasu, aby przygotować stosowne ilości jadła oraz miejsce noclegu dla kilkudziesięciu osób, uprzątnąć pokoje do tańca, a także zmobilizować własną, a nieraz też pożyczaną na tę okazję służbę.

Kulig zajeżdżał zazwyczaj o wczesnym zmroku; tańcowano i biesiadowano do białego rana, przedpołudnia byle jak przesypiano, a po południowym posiłku, zabrawszy ze sobą gościnnych panią i pana domu, ruszano do kolejnego dworu. Kuligi „dzikie” spadały na niespodziewające się najazdu domostwa jak grom z jasnego nieba. Nie zważano na to, że ktoś mógł sobie nie życzyć odwiedzin lub nie chciał wykosztowywać się na huczną zabawę. „Dzikie” towarzystwo samo gospodarowało w spiżarniach i piwniczkach z trunkami, nie pytając nikogo o pozwolenie. Gdy w końcu, poważnie nadwyrężywszy domowe zapasy, „dzikusy” wybierały się w dalszą drogę, zdesperowany gospodarz przyłączał się zazwyczaj do nich, aby u następnego zaskoczonego sąsiada odjeść i odpić, choć w jakiejś części to, co sam musiał „dla gości” poświęcić.

wasilewski kulig

fot.: goldenline.pl 

Jak dla szlachty kuligi, tak dla mieszczan najatrakcyjniejszą karnawałową rozrywkę stanowiły „przywiezione” z Włoch reduty. Były to początkowo maskarady „na zadany temat”, najczęściej mitologiczny, które z czasem przekształciły się w publiczne bale, zazwyczaj także kostiumowe lub maskowe, z obowiązującymi biletami wstępu i płatnym bufetem; XIX-wieczni pamiętnikarze uskarżali się w swych zapiskach na wielką kosztowność redut, a mimo to uczęszczano na nie powszechnie.

Na jeden dzień atmosfera zabaw ustępowała nastrojowi poważniejszemu: 2 lutego „,święto Ofiarowania Pańskiego”. Była to uroczystość zamykająca w Kościele katolickim okres bożonarodzeniowy, obchodzona na pamiątkę ofiarowania w świątyni Dzieciątka Jezus i rytualnego oczyszczenia się Maryi po urodzeniu Syna. W początkach obchodów tego święta, ok. V w., głównym jego elementem była procesja wiernych z zapalonymi świecami, które symbolizowały Chrystusa niosącego poganom światło wiary, stąd też w źródłach pisanych pojawia się często nazwa festum candelarium – „święto świec”.

ofiarowanie panskie

fot.: ksawerow.archidiecezja.lodz.pl 

W Polsce, choć liturgia Kościoła Ofiarowanie Dzieciątka uważa za najważniejszy motyw religijny tego dnia, 2 lutego obchodzony jest jako jedno z głównych w roku świąt Maryjnych – Matki Boskiej Gromnicznej: Niepokalanej, która przyniosła ludzkości „światło”, wydając na świat Chrystusa. W świątyniach dokonuje się wówczas poświęcenia grubych, woskowych świec, zwanych gromnicami. Niegdyś niesiono je zapalone z kościoła do domu, ponieważ wierzono, że tego, kto nie dopuści do zagaśnięcia świecy po drodze i pierwszy przeniesie ją płonącą przez próg, czeka niebawem wielkie szczęście.

Gromnica trwale wpisała się w obrzędowość polską: nie mogło jej zabraknąć ani w chłopskim, ani w szlacheckim domu. Zapalona w oknie podczas burzy chroniła domostwo od uderzeń piorunów (stąd jej nazwa), wkładana w dłonie umierającym symbolizowała „światłość wiekuistą”, zabierana w drogę przez las zabezpieczała przed napaścią wilków.

gromnice1

fot.: parafiajedlownik.katowice.opoka.org.pl 

Ludowa meteorologia, utrwalona przez lata obserwacji natury, życzyła sobie, by w Gromniczną panował ostry mróz, ponieważ „Jak w Gromnice z dachu ciecze, przez to zima się przewlecze” i „Gdy na Gromniczną roztaje, kiepskie będą urodzaje”.

Od święta Matki Boskiej Gromnicznej blisko już bywało do ostatniego, hucznego tygodnia karnawału. Rozpoczynał go Tłusty Czwartek, zwany tak od wyprawianych w tym dniu obfitych biesiad (z mnogością pieczonych mięs i wędlin oraz ciastek smażonych na smalcu: pączków i faworków) – obejmujących to wszystko, czego niebawem, w Wielkim Poście, należało się na kilkadziesiąt dni wyrzec. „Powiedział Bartek, że dziś Tłusty Czwartek, wszyscy uwierzyli, pączków nasmażyli” – mówiono i faktycznie, te najpopularniejsze z polskich ciastek smażono i jedzono powszechnie, a występowały one w licznych odmianach, zależnych od miejscowych zwyczajów. Nazywano te dni „zapustami”, „mięsopustem” lub po prostu „ostatkami”. Każdy region i każde niemal środowisko miały własne, przypisane do tych dni, tańce, obrzędy i zabawy.

tłusty czwartek

fot.: szkolneblogi.pl 

• Na Rzeszowszczyźnie, na przykład, młodzież wciągała do karczmy spory pniak i dotąd polewała go wodą z wiader, dopóki oberżysta poczęstunkiem „nie wyzwolił arki z potopu”.

• W Wielkopolsce tańczono „lennego” z podskokami, a jak wysoko skoczono w tańcu, tak wysoko miał urosnąć len.

• Kaszubscy rybacy urządzali „zeszewiny”. Gromada mężczyzn łączyła („zeszewała”) kilka dużych sieci w jedną ogromną, którą następnie wieszano u sufitu w obszernej szopie. Wszyscy uczestnicy zabawy włazili potem do tej sieci i na dany sygnał starali się z niej jak najprędzej wyplątać. Kto ostatni w sieci pozostał, ten musiał towarzyszom zafundować beczkę piwa.

• Krakowskie przekupki obchodziły „comber”, tak oto opisywany przez Oskara Kolberga: „Otyłe baby straganne, podzielone na roty, schodziły się z różnych ulic na rynek, który cały był kołem tańca. Uciekały przed nimi chłopaki, bo gdy którego baby przychwycić zdołały, wiązały do kloca, mszcząc się, że w bezżeństwie kończył zapusty, w wieniec grochowy go stroiły i przymuszały ciągnąć kloc po rynku, krzycząc «comber, comber», aż się nie wykupił”.

zapusty przebierancy 1

fot.: pawile-symbolika.blogspot.com 

W tenże ostatkowy wtorek w wielu mieszczańskich domach urządzano „śledzika”: zabawę z tańcami i ucztą, kończoną równo o północy. Muzyka milkła wówczas w pół tonu, ze stołów zabierano wszystkie pozostałe jeszcze mięsa i wędliny, po czym uroczyście wnoszono półmisek ze śledziami na znak rozpoczętego właśnie postu. Po „śledziku” rozchodzono się do domów w milczeniu i poważnie, brnąc już często przez błoto roztopów zapowiadających koniec zimy.

 

zdjęcie tytułowe: www.landotours.pl

 

Skomentuj

Użytkownicy serwisu publikują swoje komentarze wyłącznie na własną odpowiedzialność. Portal Chwaszczyno.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść umieszczoną na łamach serwisu przez użytkowników. Drogi czytelniku szanuj innych opinie. Bądź odpowiedzialny za własne słowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 − 10 =

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.